Algier cz. 22

Jeżeli wyjdziesz z kawiarni koło tej, a zobaczysz, że do bramy pewnego gmachu zaczynają wchodzić mężczyźni jeden po drugim, to bądź pewny że tam w mauretańskim domu będzie jakaś ubita i choć nie jesteś zaproszony bądź dość bezczelny, żeby się za innymi cisnąć. Wątpię żeby cię dobrze przyjęto! Najprawdopodobniej cerber, stojący przy drzwiach nie zechce cię wpuścić, ale certuj się z nim, aż przyjdzie gospodarz, i powie ci: roahl roah! (idź precz) da ci to sposobność przyjrzeć się jak wygląda dom, przysposobiony na przyjęcie licznych gości. Możesz to widzieć najdokładniej, bo wszystko właśnie przygotowane jest na podwórzu, które jest arabską salą balową. Wygląda ono bardzo pięknie. Całe wyłożone dywanami i umajone zielonością, z galerii zwieszają się kosztowne makaty, zwoje jaśminów, arabskie latarnie lub pięcioramienne świeczniki, z świecami czerwonymi lub zielonymi, europejskie brązowe lub kryształowe żyrandole. Jeżeliś przyszedł późno, to już na dywanach rozłożyła się orkiestra, obok niej skupieni mężczyźni, z nogami skrzyżowanymi wschodnim sposobem. Od nich rozchodzi się mgława i wstrętna woń . . . właściwa Arabom. Wyżej na galerii kobiety biało spowite, z zakrytymi twarzami, tylko oczy czarne im się iskrzą. Za chwilę przyjdą tancerki… gdybyś mógł zostać, zobaczyłbyś taniec.